kopciuszek

Ten dzień!

11:48,2 Comments

Gdybyście zapytali mnie 10 no może 11 lat temu jak będzie wyglądał ten najpiękniejszy dzień -  dzień mojego ślubu to opowiedziałabym Wam wszystko z każdym najmniejszym szczegółem. Piękna biała suknia ciągnąca się po ziemi, welon, bukiet z białych róż, ogromne wesele gdzieś w pięknym hotelu albo innym pałacyku z ogródkiem, bryczka i dwa konie, a później podróż poślubna do Japonii.  Tak… wszystko było zaplanowane, a później…a później poznałam mojego obecnego męża :p

Minął rok, dwa, pięć, dziewięć a o ślubie cisza. Najpierw w ciąży, więc nie bo to bez sensu. Miałabym wyjść za mąż tylko dlatego, że jestem w ciąży, niee, to nie dla mnie. 
Narodziny pierwszego dziecka. Dużo się działo, chrzciny, żłobek, powrót do pracy. Nie było czasu, nie czuliśmy, że to ten moment. Wszyscy dookoła pytali, sugerowali, „no macie dziecko, powinniście”, „tyle lat razem, wypadałoby”. A we mnie z każdym „powinniście” i „wypadałoby” rósł tylko coraz większy opór przed podjęciem tej decyzji.  
Po dwóch latach od urodzenia Niny poczułam znowu to coś. Potrzebę, która rosła we mnie bardzo intensywnie. Decyzja zapadła – chcemy mieć drugie dziecko.  I znowu pytania, nalegania i sugestie: „drugie dziecko? Tak bez ślubu”? Tak, dokładnie tak. To nasze życie, nasze decyzje i kolejność zdarzeń ustalamy my a nie otoczenie.  
W drugiej ciąży poczułam, że może jednak trochę brakuje mi tego, żeby być „żoną” a nie dziewczyną, partnerką czy narzeczoną, albo co gorsza konkubiną (niech ktoś mi powie, że to słowo jest choćby ładne i nie brzmi jak z serialu kryminalnego albo raportu z opieki społecznej). Ale znowu ta myśl: teraz, w ciąży? Nie, to nie dla mnie. Zresztą trzeba zmienić mieszkanie na większe, wziąć większy kredyt, kupić po raz kolejny wyprawkę dla nowego maluszka. Nie, teraz nie. 
Urodził się Igor i sytuacja się powtórzyła (jak chyba zawsze przy narodzinach maluszka). Przyszła jesień i razem z jesienną chandrą poczułam, że mi naprawdę brakuje tego, żeby zalegalizować nasz związek. Właściwie nie wiem do końca o co mi chodziło. Mieszkamy razem, wychowujemy dzieci razem. Przecież i tak nic się nie zmieni więc po co? A jednak. Wiedziałam, że tego chcę. Wszyscy dookoła przestali pytać i życzyć nam tego przy okazji każdych świąt. I wtedy właśnie podjęliśmy decyzję, ustaliliśmy termin.
I nagle przy rozmyślaniach o moim ślubie wszystko wywróciło się do góry nogami:
  • piękna biała i długa suknia -  poszłam przymierzyłam jedną, drugą, piętnastą. Jest! trafiłam – idealna. Długa, tiulowa – piękna, ale…taka nie moja. Nagle okazało się, że ja wcale nie pragnę takiej sukienki, że czuję się przebrana a nie ubrana i pomimo całego zachwytu nad nią (no pomińmy jej cenę bo ta, to raczej wprawiła mnie w stan przedzawałowy) pozostawię ją w swoich marzeniach o Kopciuszku i księciu a w życiu wybiorę inną – krótką, wygodną i taką w której ogarnę choćby trochę tę moją biegającą dzieciarnię (no w końcu Kopciuszek nie miał u boku czterolatki i roczniaka ;) )
  • bukiet z białych róż – róże? Jakieś takie zbyt strojne i nadęte. To ja wybiorę zwykłe tulipany albo inne frezje.
  • ogromne wesele w pałacyku – że co? Że ja? Do dziś nie wiem co mnie kiedyś w tym kręciło (to chyba ta wizja balu z Kopciuszka).Stanęło na skromnym obiedzie z naprawdę najbliższymi nam ludźmi a nie ciotkami, wujkami i kuzynostwem z którym nie widzimy się od 15 lat a później szalona imprezka.
  • kareta z końmi to już dawno odpadła. Z moim mężem musiałoby być ich co najmniej 200 i zdecydowanie tych mechanicznych ;)

Czy żałuję, że mój ślub nie był taki jak ten w mojej głowie? Nie. Był Nasz. Czy był taki jak sobie wymarzyłam? Nie, był całkowicie inny. 

Czy zatem warto marzyć o tym dniu? 
OCZYWIŚCIE! 
Warto, ba nawet trzeba marzyć, rozmyślać, chodzić, przymierzać, dobierać odcień serwetek do koloru butów, usadzać gości przy stolikach i stresować się  czy oby na pewno wszystko będzie dopięte na ostatni guzik.

A gdy budzimy się rano warto przestać już o tym myśleć. Przestać stresować się, że serwetki nie dotarły na czas, że kokardka się popsuła, że goście porozsiadali się jak chcą a nie tak jak my sobie to wymyśliliśmy. 

Ja tego dnia postanowiłam nawet nie myśleć o tym co było przed ślubem, o stresie, nerwach i napiętej sytuacji między nami. Powiem więcej, nawet nie myślałam o tym co będzie później, jak nam się ułoży i czy na pewno będziemy szczęśliwi. Tego dnia chciałam po prostu cieszyć się tym co mam w życiu. Moją córką w wymarzonej długiej sukience, moim synkiem biegającym i wycierającym kolana od nowych eleganckich spodni i moim mężem, który jest obok mnie i ze mną.  Cieszę się, że tego dnia mogłam stanąć obok faceta którego kocham od 10 lat, z którym mam dwoje wspaniałych dzieci, z którym przeżyłam już nie jeden kryzys i nie jeden ciężki moment i pomyśleć „cholera, ja to mam w życiu szczęście”!

Za nic w świecie nie zmieniłabym kolejności zdarzeń w moim życiu! Życzę każdej Pannie Młodej, żeby tego dnia mogła pomyśleć to samo co ja.


A na koniec postu, chcę PODZIĘKOWAĆ  jeszcze DWÓM FENOMENALNYM FACETOM! To oni zadbali praktycznie o każdy techniczny szczegół tego dnia. Ja kompletnie nie ogarniałam co się stało z kwiatami, prezentami, zabawkami dla dzieci. To oni wiedzieli kto z kim jedzie, gdzie parking, gdzie są goście i co stało się z wózkiem Igora. To oni zajęli się naszymi dziećmi, nakarmili i woleli poświęcić swoje eleganckie garnitury niż moją sukienkę ;) dzięki Nim mogliśmy cieszyć się naszym dniem a nie martwić o szczegóły, których była cała masa! ŁUKASZ, DAWID – dziękuję!

Mogą wpaść Ci w oko także:

2 komentarze:

  1. Judyta gratuluje :) swietny opis :) swietny slub :) ... szczescia!

    OdpowiedzUsuń