Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinarnie. Pokaż wszystkie posty

Rutyna - nuda czy stabilizacja? O kobiecości, długoletnich związkach i przepis na najlepszy grzaniec na świecie.


Motyle w brzuchu, trzęsące się ręce i przyspieszony oddech. Ten dreszcz przenikający całe ciało kiedy on zbliża policzek a Ty niemal widzisz przeskakujące iskry między Wami. Czas pełen ekscytacji i pierwszych razów. Pierwsza randka, pierwszy pocałunek, pierwsza kolacja, pierwsze wakacje...a później pierwszy wspólny seks, pierwsze mieszkanie, pierwsze dziecko. 
Przypominam sobie nasze pierwsze spotkania. Godziny spędzone na makijażu czy 5 krotnie zmienianą kieckę. Etap zakochania jest czymś fenomenalnym jednak z czasem mija, motyle odlatują a zostają ludzie. Po 11 latach bycia razem z moim  mężem wiem, że każdy związek się zmienia. To trochę jak z ewolucją - nie sposób tego zatrzymać. I choćbym nie wiem jak bardzo wierzyła, że u nas będzie inaczej to...nie będzie. Jasne, że ważne jest podgrzewanie wzajemnej fascynacji, wychodzenie na randki czy dbanie o swój wygląd. Fajnie kiedy w długoletnich związkach ludzie wciąż odkrywają się na nowo i zabiegają o siebie wzajemnie. Co poprawia kobiecie humor lepiej niż bukiet tulipanów od męża bez okazji czy kolacja tylko we dwoje w restauracji? W końcu chyba nikt nie chce, żeby związek dopadła ona...rutyna. 
No właśnie. Rutyna - czyli? nuda? a może stabilizacja?  
Ja lubię nasz związek teraz, lubię naszą rutynę. Daje mi to poczucie spokoju, pewności i stabilizacji. Potrafię przewidzieć jak będzie wyglądał nasz wieczór. Znam mojego męża i wiem że np. dziś bez wyrzutów sumienia mogę zamknąć się w drugim pokoju. Wiem, że mogę pozwolić sobie na odpoczynek, na godzinę z książką czy ulubionym serialem. Jesteśmy razem, ale to nie oznacza, że nie możemy mieć chwili wyłącznie dla siebie. 
Z drugiej strony lubię też te wieczory we dwoje, kiedy dzieciaki już śpią a my mamy chwilę na relaks. W natłoku codziennych obowiązków, często padnięci ze zmęczenia nie mamy siły na celebrowanie wspólnych chwil. Dlatego właśnie bardzo doceniam ten nasz czas. Zbieramy siły, omawiamy sprawy domowe i rodzinne albo urządzamy sobie mini randkę na kanapie w salonie. Nie żałuje, że teraz nasz związek jest na innym etapie. Fajnie jest nie musieć każdego wieczora wciskać się w seksowną mini czy obcisłe koronki. Ta świadomość, że nawet w dresowej bluzie i skarpetkach wciąż jestem kobieca dla siebie i seksowna dla męża daje mi poczucie spełnienia w związku. Ktoś kocha mnie za to, że jestem i jaka jestem. Bez szałowego makijażu, misternej fryzury i niebotycznych szpilek, (których zresztą w szafie została mi już chyba tylko jedna może dwie pary). Jesienią i zimą nasze wieczory lubię jeszcze bardziej. W te pory roku obydwoje należymy zdecydowanie do kanapowców zaszytych pod kocykiem z ulubionym trunkiem w ręku. W końcu w takie mroźne wieczory trzeba się jakoś rozgrzać. Co Wy preferujecie w tej kwestii? Niektórzy wolą klasycznie, inni już dawno o tym zapomnieli a my? My lubimy wykwintnie, nieco elegancko i powoli delektować się...każdym łykiem. Nam domowe randki często umila mój ulubiony grzaniec. Nie jest to jakieś tam grzane wino. To najlepszy grzaniec jaki piłam ever! Wino to jedyny trunek który wprost uwielbiam. Grzane z pomarańczami, przyprawami korzennymi i miodem a do tego przygotowane przez mojego męża rozkłada mnie na łopatki :)
Koniecznie musicie wypróbować tej zimy. Najlepiej we dwoje. Rozgrzewa tak, że z łatwością pozbędziecie się grubych kocy i nie tylko ;)

Przepis na najlepszy grzaniec na świecie. 
Butelka ulubionego czerwonego wina.
1 Pomarańcza
1 laska cynamonu
1 laska wanilii 
8 Goździków
4-6 gwiazdek anyżu
6 ziaren kardamonu
3 kulki ziela angielskiego
2 kulki pieprzu
po 1 łyżeczce otartej skórki z cytryny i otartej skórki z pomarańczy
łyżkę miodu - koniecznie prawdziwego
całość umieszczamy w garnku i doprowadzamy do wrzenia. wyłączamy tuż przed zagotowaniem. Zostawiamy na około 30 minut a następnie przecedzamy. Gotowy grzaniec możemy od razu podgrzać  i delektować się lub wlać do butelki i przechowywać w lodówce.

składników jest trochę, ale uwierzcie mi, że jeszcze w żadnej restauracji żadnym pubie nie piłam tak pysznego grzanego wina. 






Domowe likiery i smarowidła na ostatnią chwilę. Włączam tryb slow.


23 Grudnia. Jutro Wigilia, a ja znowu zabiegana. Musze jeszcze umyć podłogi, przydałoby się jeszcze jedno ciasto i może dam rade jeszcze raz wytrzeć płytki w łazience. Stop. Nic z tego nie muszę. Muszę to poprzytulać córkę, która się w nocy rozchorowała i obejrzeć nową książeczkę syna o koparkach. 
Kiedy mi na czymś zależy zawsze chcę za dużo. Chcę, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Żeby dzieci były pięknie ubrane, mąż miał wyprasowaną koszulę a dom lśnił czystością. Zawsze staram się wszystkich zaskoczyć. Kupić prezenty marzeń, oryginalnie zapakować i najlepiej każdemu przywieźć wyjątkowe ciasta (tak ciasta bo co to jest jedno ciacho?). Tymczasem mój organizm mówi dość. Od kilku dni czuje się tak, że ledwo zwlekam się z łózka i nie pamiętam dnia kiedy nie bolałyby mnie stawy. 
Czas w końcu zatopić się w tej atmosferze, którą starałam się stworzyć. Nie ważne, że nie wszystko wyszło tak jak chciałam. Oczekiwania a rzeczywistość nie po raz pierwszy się u mnie minęły. Dziś jednak nie czuję już żalu, nie jestem zawiedziona. Nauczyłam się cieszyć z tego co mam. Kupiłam prezenty, o których marzyły moje dzieci choć zdecydowanie odbiegają od moich wyobrażeń idealnych zabawek, ugięłam się i pozwoliłam ozdobić im choinkę bombkami w najróżniejszych kolorach świata (marzyłam o biało czerwonej ale cóż - jeszcze wiele choinek przed nami) a do tego w rożnych częściach domu poustawiałam te trochę tandetne świąteczne figurki, pajacyki i inne Mikołaje, których odkrywanie tak bardzo cieszy moje dzieci. 








Myślałam, że uda mi się jeszcze upiec kolejne 4 ciasta, przygotować kilka świątecznych sałatek i może dokupić prezenty dla dalszej rodziny i znajomych. Teraz wiem, że zostanie już tak jak jest, Mam nadzieję, że te jadalne podarunki, które przygotowałam dla rodziny w zupełności wystarczą, ba będą nawet lepsze niż kupne prezenty. Domowe, przepyszne i przygotowane z sercem.
Pod choinką nasz mikołaj zostawi w tym roku buteleczki z likierami w dwóch smakach: likier kukułka i likier z białej czekolady. 


likier kukułka
To chyba najbardziej popularny likier. Większość przepisów w sieci wygląda bardzo podobnie.Ja wykorzystałam:
- puszkę mleka skondensowanego słodzonego
- około 200-300ml mleka zwykłego (krowie, sojowe czy jakie tam używacie)
- 250gr kukułek
- 300 ml wódki
Mleko skondensowane i zwykłe rozmieszałam w garnku, dorzuciłam kukułki i rozpuściłam je. Kukułki rozpuszczają się długo i trzeba często mieszać. Kiedy masa była jednolitej konsystencji dolałam wódki. 
Likier wyszedł obłędny! Jeśli lubicie mocniejszy spokojnie możecie dolać 100ml wódki więcej.

Likier z białej czekolady
- puszka mleka kokosowego
- puszka mleka skondensowanego słodzonego (lub niesłodzone + cukier)
- 250 gr białej czekolady
- 300 ml wódki

mleko kokosowe i mleko skondensowane podgrzać w garnku. Dorzucić czekoladę. Odczekać 2-3 minuty i rozmieszać na jednolitą masę. Dolać alkohol, wymieszać i przelać do buteleczek. Likier jest pyszny, w sam raz słodki, delikatny. Nuta kokosu jest tylko odrobinę wyczuwalna. 

Likiery możecie robić nawet w Wigilię rano. Wystarczy im kilka godzin i są gotowe do spożycia.

W słoiczkach znalazł się mój ulubiony lemon curd i solony karmel z orzechami.



Lemon curd
2jajka + 1 żółtko
150gr cukru
80gr masła
sok i skórka otarta w 2 dużych cytryn.
Jajka roztrzepać z cukrem w garnku. Dodać sok z cytryny, skórkę i masło i mieszać aż całość się połączy. Chwile pogotować. Uwaga, żeby nie przypalić kremu. Trzeba go cały czas mieszać. Inaczej powstanie "efekt jajecznicy". Przelać do wyparzonych słoiczków. Idealny jako dodatek do ciast, ciasteczek, deserów. Wymieszany z mascarpone i ubitą kremówka to najlepszy krem cytrynowy do tortów czy pavlovej. Możecie też podać go do gofrów naleśników albo łyżą wyjadać ze słoiczka :)

Solony karmel
szklanka cukru
około 60ml wody
50gr masła
180ml kremówki
pół łyżeczki soli

Cukier łączymy z wodą w garnku. Stawiamy na prawie największej mocy palnika i rozpuszczamy. Uwaga syropu nie mieszamy ani razu. Jak już go raz zamieszacie, to później cały czas trzeba go mieszać bo się przypali. Syrop nie mieszany zostawiamy żeby się gotował około 12-15 minut. Kiedy zobaczymy że robi się ładny brązowy kolor dodajemy masło i mieszamy. Uwaga reakcja jest bardzo intensywna!Jak masło isę rozpuści powoli wlewamy kremówkę. Tym razem także musicie uważać. Połączyć kremówkę z cukrem do uzyskanie jednolitej konsystencji. Jeśli w którymkolwiek momencie karmel się zetnie lub zrobią Wam się grudki wystarczyć go postawić ponownie na palnik i mieszać aż wszystkie grudki cukru się rozpuszczą. Na koniec zestawić z palnika i dodać sól. Przelać do wyparzonych słoiczków. Możecie także dorzucić pokrojone na na większe kawałki orzechy włoskie, ziemne, pekany czy takie jakie lubicie. Jak karmel się schłodzi na górę możecie także posypać go prażoną kukurydzą albo amarantusem ekspandowanym.


Ja od teraz mam urlop. Ładuję akumulatory. Przez najbliższych kilka dni będziemy wstawać z łóżek za późno, oglądać bajki zbyt długo i pewnie jeść też zbyt wiele. Tak, to jest zdecydowanie czas których kocham najbardziej. 



Kochani.
Życzę Wam zdrowych świąt spędzonych w gronie najbliższych. Oby ten czas był dla Was czasem relaksu, odpoczynku i celebrowania wspólnych chwil. Do zobaczenia po świętach!
Piernikowa J

Elegancka tarta marcepanowa z pomarańczą i wiśniami - królowa na świątecznym stole.


Wiecie, że 5 lat temu nie potrafiłam upiec biszkopta? Jedynym ciastem jakie robiłam był... sernik na zimno. Taki z serków homogenizowanych z galaretką. Dziś uwielbiam piec i gdyby nie fakt, że nie ma kto tego zjadać to mogłabym piec codziennie. Na blogu przed Bożym Narodzeniem pojawi się ogromna ilość świątecznych przepisów. Dziś tarta, która powali nawet najbardziej wybredna teściową. Tarta niezwykle wykwintna, elegancka. Łączy w sobie wszystkie wyjątkowe smaki świąt. Jest to zdecydowanie mój faworyt niezmiennie od kilku lat. Słodki smak marcepanu połączony z gorzkawym posmakiem pomarańczy i te zanurzone w nadzieniu wiśnie...mniam. 

Do wykonania tarty potrzebne są:
blaszka do tarty lub np. zwykła okrągła tortownica. Moja blaszka ma około 28cm średnicy. 
mikser/blender coś do zmiksowania masy marcepanowej
miska 
i już :)

Kruche ciasto
175gr mąki
100 gr masła (oczywiście zimnego)
50gr cukru pudru
1 żółtko
szczypta soli
1-2 łyzki wody

Wszystko wrzucamy do miski i wyrabiamy ciasto (ręcznie lub robotem). Ciasto formujemy w kulę, rozpłaszczamy i na około 30 minut wkładamy do lodówki. Schłodzone ciasto rozwałkowujemy i wykładamy nim wysmarowana masłem blachę. Na ciasto kładziemy papier do pieczenie i obciążenie (ceramiczne kulki lub ryż/fasola/ groch co tam pod ręką macie). Pieczemy tartę około 15 minut w 190 stopniach. Następnie usuwamy papier do pieczenia i pieczemy jeszcze 6-7 minut do zrumienienia. Pamiętajcie, że czas pieczenia zależy od Waszego piekarnika. 

Nadzienie
180 gr marcepanu (ja użyłam gotowej masy)
50 gr cukru pudru
85 gr masła miękkiego
25gr maki pszennej
2 jajka

Marcepan i masło ucieramy na gładką masę. Dodajemy resztę składników i miksujemy do połączenia. 

dodatkowo potrzebujemy
około 200gr wiśni (mrożone, z kompotu, świeże obojętnie)
około 1szkl konfitury/dżemu pomarańczowego. 

Podpieczony spód smarujemy połową konfitury pomarańczowej. Na konfiturę wlewamy masę marcepanową i układamy wiśnie. Ja użyłam wiśni mrożonych, które powinnam wcześniej rozmrozić i odsączyć. Nie zrobiłam tego, bo kompletnie o tym zapomniałam. Poukładałam zamrożone i nie puściły dużo wody. Całość pieczemy około 25-30 minut. Jeśli brzegi ciasta zbyt mocno się rumienią to przykryjcie górę folia aluminiową. 
Tartę wyjąc z lodówki i schłodzić (jeśli wytrzymacie to najlepiej cała noc, jeśli nie dacie rady to kilka godzin też jej wystarcza). Schłodzoną tartę smarujemy dżemem pomarańczowym. 
Bardzo dobrze sprawdza się np. dżem z Łowicza pomarańczowy 100%. 







* oryginalny przepis pochodzi z bloga Moje Wypieki

Pierogi całkiem nie świąteczne. Kuchnia w męskim wydaniu.


Święta już niebawem i przygotowań masa jednak z pustym brzuchem na pewno nie dacie rady wykonać wszystkich zaplanowanych zadań. Dziś zapraszam Was do kuchni mojego męża.

Chciałabym Wam napisać, że jestem wspaniałą kucharką a wszystkie przepisy, które znajdziecie na blogu są stworzone w 100% przeze mnie i wypróbowane przez długie lata. Niestety odrobinkę minęłoby się to z prawdą. No dobra - może trochę bardziej niż odrobinkę.
Prawda jest taka, że 7 lat temu to ze mnie była niepokorna studentka, która do garnków raczej nie zaglądała dla dobra własnego i ewentualnych towarzyszy posiłków. Owszem zdarzało mi się zaparzyć herbatę, ugotować ziemniaki czy usmażyć naleśniki i nikt nie wylądował na ostrym dyżurze z objawami zatrucia, jednak do mistrzyni sztuki kulinarnej było mi daleko. Kiedy mieszkałam sama w mojej lodówce były jogurty, sałata i jakaś paczkowana wędlina. Z czasem jednak w moim mieszkaniu zachodziły zmiany. Pod stołem pomieszkiwały jakieś męskie skarpetki a w łazience pojawiła się druga szczoteczka do zębów. Zmienił się też skład mojej lodówki. Pojawiło się jakieś mięso mielone, pomidory w puszcze czy mąka. Wszystko to za sprawą obywatela płci męskiej, który to postanowił coraz bardziej rozgościć się w moim życiu aż mężem mym został a wcześniej ojcem dzieci moich. Ba! postanowił on też rozgościć się w mojej kuchni. Cóż... mąż mój osobisty zdecydowanie nie należy do gatunku, który przeżyje na chlebie z sałatą, jogurcie naturalnym i szpinaku z makaronem. Co więcej okazało się, że on sobie kurde na prawdę dobrze w tej kuchni radzi. Nie wiem czy to konieczność sprawiła, że nauczył się tego wszystkiego czy też talent wrodzony chłopina posiada a może po prostu dla kobiety swojego życia postanowił tak dobrze gotować?
Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że za kilka lat będę czerpać radość z siedzenia w garach to sprawdziłabym mu temperaturę i kazała udać się do łóżka bo bredzi. Od tego czasu jednak sporo się zmieniło. Ja zdecydowanie poprawiłam swoje umiejętności w kuchni. Szczególnie te dotyczące słodkości. Co więcej - pokochałam piec! 
Nasze sposoby gotowania to dwa różne światy. Ja zakochana po uszy w każdej maści zieleninie, jogurtach i innych kaszach czy amarantusach. Mój mąż po staropolsku schabowego przyrządzi, spaghetti bolońskie robi tak dobre, że nigdzie takiego nie zjecie na sushi lepszym niż w jakiejkolwiek toruńskiej suszarni jadłam kończąc. Kiedy to ostatnio wszedł do kuchni i zakomunikował, że on dziś gotuję trochę jednak zadrżałam ze strachu. Nie, nie martwiłam się o smak. Ja po prostu stałam właśnie w wypucowanej kuchni z wyszorowanymi blatami i wycierałam ostatnie smugi na drzwiczkach szafek. Mój ślubny o ile gotuje na prawdę nieźle, to jakoś mu się nie do końca w głowie mieści fakt, że po gotowaniu to patelni krasnoludki nie myją a kropki od pomidorów same z blatów i mebli nie schodzą. Niestety dzieciarnia biegała już i co rusz pytała co na obiad a ja w głowie miałam pustkę. Wzruszyłam ramionami z obawą i zostawiłam chłopa w kuchni. A niech robi co chce. I wiecie co... kurde no dobre mu to wyszło.

Nie mogłam się z Wami nie podzielić jego przepisem. Dziś pierogi w męskim wydaniu, całkowicie nie świąteczne, ale tak pyszne, że musicie wypróbować. A może podrzucicie linka swojemu mężczyźnie życia?

Pierogi pieczone

Ciasto
0,5kg mąki
paczka drożdży instant
łyżeczka cukru
szczypta soli
60gr masła
szklanka mleka
1 jajko

Mąkę, cukier, sól i drożdże wsypać do miski. dodać posiekane masło i wymieszać. Dodać mleko i jajko. Ciasto wyrobić robotem lub ręcznie. Następnie rozwałkować na około 2-3mm. W przeciwieństwie do pierogów gotowanych ciasto nie musi być cieniutko rozwałkowane. Wycinać pożądany kształt. Nakładać farsz i sklejać. Nagrzać piekarnik do 180 stopni. Przed pieczeniem posmarować rozmąconym jajkiem. Piec około 20 minut. 

Farsz
Tak na prawdę możesz zrobić ulubiony farsz. Może być taki jak na ruskie, może być mój ulubiony szpinak lub taki jak kochają moje dzieci czyli mięso mielone.

0,5kg mięsa mielonego
1 cebula
1 papryka
1 puszka pomidorów
czosnek
sól, pieprz, papryka słodka, papryka wędzona lub zioła wedle upodobania
50 gr startego sera

podsmażyć pokrojoną , dorzucić mięso, i na końcu paprykę. Całość podsmażyć. Zalać pomidorami z puszki i zredukować. doprawić wedle upodobania. Na koniec posypać startym serem i wymieszać. 

Pierogi idealnie komponują się z sosem czosnkowym.






Tym postem zaczynam nowy cykl: mąż w kuchni. Co jakiś czas będę podrzucać Wam przepisy mojego męża :)

Matko Polko rozpieszczaj się! - przepis na piernikowe latte niczym z kawiarni.


Trzeci tydzień z chorymi dziećmi w domu. Oszaleć można. Powoli nie zwracam już uwagi na rozrzucone puzzle, moje postanowienie o całkowitym zrezygnowaniu z bajek też jakoś mniej rygorystycznie respektuję (hmm... jedna bajka chyba nie zaszkodzi...albo godzina). 
Za oknem pięknie pada śnieg a my na spacer nawet nie możemy wyjść, bo jak nie jedno to drugie z gorączką słania się po domu. A ja biegam i wycieram te gile z nosa, zaparzam tą "hebatke z motkiem i citlynką" tulę, głaszcze i wymyślam zabawy, do których to talentu nie mam za specjalnie. W głowie układam już plany na grudzień. Tyle spraw do załatwienia, tyle rzeczy do zrobienia, tyle pytań na które jeszcze nie znam odpowiedzi: "kiedy prezenty dokończę kupować, kiedy spakować, gdzie zamówić kalendarze dla dziadków i co ja właściwie chciałam zrobić na tą Wigilijną kolację"? Grrr.. nie lubię tak, kiedy ze wszystkim jestem w plecy, kiedy plany nie idą tak jak to sobie wymyśliłam i wali mi się z każdej strony.  
I chodzę taka zamyślona, wkurzona i zła nie wiadomo na co i na kogo, bo przecież to nie ich wina, że najpierw jelitówkę przyniosły z przedszkola, później zapalenie ucha a na koniec to paskudne przeziębienie.  Toż to nie jego wina, że do pracy wybywa od rana i zostawia mnie z tą marudzącą dzieciarnią w domu, że wraca zmęczony i niemal po nocy. 
I tak szlag mnie trafiał coraz bardziej, że ja tu skacze nad wszystkimi a nade mną nikt, że tu grudzień za pasem i wypada cieszyć się z tego pierniczenia z dziećmi z biegania po galeriach i kupowania choinki, a ja czuję coś zgoła innego. Aż w końcu dotarło do mnie, że jestem już dużą dziewczynka i porozpieszczać to ja mogę się przecież sama! Wygrzebałam zatem kilka korzennych przypraw z szuflady, słoik z płatkami owsianymi i suszoną żurawiną i włączyłam ekspres do kawy. A teraz popijam sobie pyszną piernikową latte niczym z popularnej kawowej sieciówki i zajadam przepyszne ciastko z ukochaną żurawina i pomarańczami i tak dzień jakby lepszy się stał i słońce bardziej zaświeciło - hmm.. a może to jednak zasługa kofeiny i cynamonu? :)


Przepis na domowy syrop piernikowy
- szkalnka wody (250ml)
- 3/4 szklanki cukru (około 150gr)
- przyprawy korzenne ( ja dałam 1 łyżeczkę cynamonu sproszkowanego, 3 ziela angielskie, 4 goździki + pół łyżeczki sproszkowanych goździków, 1 gwiazdkę anyżu, i jedno ziarenko kardamonu)

wodę razem z cukrem zagotować do całkowitego rozpuszczenia się cukru, dodać przyprawy i gotować około 10minut mieszając co jakiś czas. Do gotującego się syropu dorzuciłam pół laski rozciętej wanilii. Syrop wystudzić, przelać do słoiczków i trzymać w lodówce nawet do świąt :) W ozdobionej buteleczce lub słoiku super sprawdzi się jako prezent pod choinkę.

* Uwaga nie używajcie gotowej przyprawy piernikowej, ona ma mąkę w składzie a nawet jak nie ma napisanej na opakowaniu to i tak zachowuje się jakby miała - przetestowałam na sobie. Mąka zbyt mocno zagęści syrop i będziecie mieli piernikowy kisiel. 




Przepis na piernikowe latte
- 100-120ml mleka podgrzać i spienić
- zaparzyć podwójne espresso
na dno szklanki wlać duża łyżkę syropu piernikowego na to wlać ciepłe spienione mleko i dodać espresso. 
Kawę możecie dodatkowo ozdobić bitą śmietana na górze i oprószyć cynamonem lub gałką muszkatołową. Moja ma tylko mleko spienione. 
Uwierzcie mi kawa nie wiele różni się od tych z kawiarni a możecie ją zrobić zawsze, nawet kiedy trzeci tydzień uziemieni jesteście w domu!



*przepis na syrop to moja kompilacja kilku rożnych przepisów znalezionych w sieci. 

Dietetyczny sernik na zimno na zakończenie sezonu truskawkowego



Uwielbiam ten sernik. Robię go co chwilę od kiedy tylko pojawiły się truskawki. Jest przepyszny, prosty w wykonaniu i bardzo lekki. Idealny dla osób na diecie! Ale smakuje wszystkim!

5 powodów, dla których chcę Was przekonać do pieczenia własnego chleba!





Tak… w dzisiejszych czasach brzmi to dość…prehistorycznie. No bo jak to? Po co? Przecież wychodzisz z domu, idziesz do piekarni a tam chlebków do wyboru do koloru, bułeczek kilkanaście rodzajów, a wszystko piękne, wyrośnięte i pulchniutkie. Czego chcieć więcej??


A no właśnie czego?!



Pyszny i banalny chlebek bananowy!


A dziś kulinarnie :)

Oj taaak, jak ktoś mnie zna to wie, że uwielbiam słodkości i za nic w świecie nie potrafię całkowicie wyeliminować ich z mojego menu. O ile tym sklepowym z trudem, ale potrafię się oprzeć, o tyle tym robionym w domu już nie! Dodatkowo moje dwie lewe ręce, które jeszcze kilkanaście miesięcy temu przypalały wodę na herbatę od jakiegoś czasu robią całkiem niezłe domowe łakocie! (taaa skromność nie należy do moich czołowych zalet :P ) Dzisiaj chcę podzielić się z Wami banalnym przepisem, który całkowicie przypadkiem został wypróbowany i chyba na stałe zagości w naszym domku.

Pyszne bułeczki śnidaniowe


Jedliście już śniadanie? Jeszcze nie? To może spróbujecie zrobić fantastyczne bułeczki śniadaniowe? Takie upieczone w domku bez spulchniaczy i innej chemii. I ten zapach w domu…mm….

U nas zagościły na stole przy niedzielnym śniadaniu, jednak idealnie sprawdzą się także w tygodniu. Robicie wieczorem, układacie na blaszce i na noc wkładacie do lodówki. Rano wstajecie i na 15 minut do piekarnika i gotowe :)

Mikołajkowe reniferki na patykach


Całe popołudnie spędziłyśmy z Niną wczoraj w kuchni. Mała uwielbia piec, gotować i „pomagać” mamie.

Zaczęłyśmy od przygotowywania mikołajkowych słodyczy :)

Mam nadzieję, że Wam się spodobają i może sami spróbujecie takie zrobić :) 
(eh nie będę Wam mówić jakie są pysznnnnnneeeee ... :D )