Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty

Ten czas - czerpię pełnymi garściami i ładuję akumulatory.


Spokojnie otwieram oczy. Obudzona śmiechem dzieci i odgłosami nowych zabawek. Nina przytula się do mnie pod kołdrą a Igi woła "mamo noc już się obudził, stań". Zegar pokazuje prawie 11 a nam nigdzie się nie spieszy. Jemy powolne śniadanie,i kręcimy się w piżamie do południa. Przytulasom, łaskotkom, wspólnym śmiechom i buziakom nie ma końca. Oj tak. Zdecydowanie uwielbiam ten czas. Boże Narodzenie to najpiękniejszy okres w roku. Możemy być razem i czerpać z tego pełnymi garściami. Na obiad do rodziców/babci i innych ciotek umawiam się nie wcześniej niż na 14 i właściwie nic nie planuję. Nie chce się nigdzie spieszyć.
Dzieciaki zaszyły się w swoich łózkach z prezentami od Mikołaja, mąż w końcu ma chwilę, żeby zrobić coś dla siebie a ja popijam kawę i dziękuje Bogu za takie cudowne święta. Nawet z takiego lenistwa czerpię radość i bez wyrzutów sumienia wcinam kolejny kawałek sernika. Przez te kilka dni nie boli mnie tak bardzo poranek zaczęty od czekolady, resztki prezentowych papierów walające się gdzieś po podłodze i okruszki po piernikach zostawione na stole. Tej magi nie zepsuło mi nawet to, że zapomniałam zabrać aparatu na wigilijną kolację i nasze zdjęcia wyglądają jak zrobione kalkulatorem. Nie zasmucił mnie tez jakoś specjalnie fakt, że okna nie zostały umyte a przed wyjściem z domu nie zdążyłam zwinąć żelazka na miejsce. 
Chyba po raz pierwszy tak dojrzale i po dorosłemu doceniłam ten czas. Bez nerwów, zbędnej spiny i irytacji, że coś się dzieje niezgodnie z moim planem. Może właśnie dlatego że nie miałam planów? A może po prostu to wiek i zmieniające się podejście do życia? Nie ma co się oszukiwać. Ekscytacja z prezentów jest mniejsza niż kiedy było się dzieckiem. Dziś zdecydowanie bardziej wolę prezenty robić, zbierać drobiazgi przez kilka miesięcy, biegać po galeriach i wymyślać sposób zapakowania niż je dostawać. Serio! 
Nie były to święta, w których zniknęły nasze problemy życia codziennego. Nie wygrałam w totka ani nie znalazłam pod choinką kluczy do wymarzonego domku a mimo to czułam się tak bardzo szczęśliwa. 
Zobaczcie kilka kadrów z naszych zwyczajnych, domowych, spokojnych i nieco leniwych a zarazem tak bardzo wyjątkowych świąt. 
Bardzo się ciesze, że świąteczną atmosferę w naszym domu wprowadzaliśmy już od 1 grudnia bo do dziś się nią nie nasyciłam. Lampki na parapecie, tysiące świeczek o zapachu wanilii i pomarańczy, kolędy w tle i smak pierników...jest bosko! Zapadła decyzja - świąteczny klimat przeciągamy aż do Nowego Roku!
A jak Wam minęły święta? Leniwie czy może bardziej aktywnie? U mnie po raz pierwszy mam chęć przeciągnąć święta jeszcze o kilka dni. Zawsze należałam do tych co choinkę rozbieraliby najchętniej dzień po świętach a kalendarz przestawili od razu na połowę lutego. Po świętach to ja już nie potrzebowałam zimy. Wtedy zawsze czekałam na wiosnę. W tym roku chyba się zestarzałam bo coś czuję, że ciężko mi będzie porzucić moją ukochaną piżamę w reniferki i choinkowe lampki.









O świątecznych tradycjach czas zacząć - czyli nasz kalendarz adwentowy.




W moim rodzinnym domu niewiele było świątecznych tradycji. Oczywiście stroiliśmy dom na święta, robiliśmy czasami łańcuchy na choinkę z kolorowych papierów i odpalaliśmy naszego starego grającego mikołaja. Razem z moim kochanym tatą ubieraliśmy choinkę, wieszaliśmy cukierki, które znikały często jeszcze przed Wigilią a mama w kuchni pichciła dla nas ulubione świąteczne potrawy. To wszystko działo się raczej na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Jako dziecko bardzo czekałam zawsze na ten czas a kiedy on nadchodził to było mi mało i mało i mało. 

Pamiętam też pierwsze święta kiedy wyprowadziłam się z rodzinnego domu. Mieszkałam wtedy sama a całe święta planowałam spędzić u rodziców. Mimo wszystko za ostatnie grosze, które zostały mi po opłaceniu czynszu kupiłam zestaw plastikowych bombek i kilka łańcuchów Tata przytargał mi prawdziwą żywą choinkę a nad oknem zapaliłam mój pierwszy własny zestaw lampek choinkowych kupionych gdzieś na rynku od Chińczyków. Wtedy właśnie postanowiłam, że w moim domu tradycji świątecznych będzie zdecydowanie więcej. 

Od kilku lat razem z dziećmi robimy kalendarz adwentowy. Jest to ten pierwszy Bożonarodzeniowy element w naszym domu. Jest to też nasza rodzinna tradycja i wierzę, że tak zostanie na długie lata. Kalendarz zawsze robimy razem. Wymyślamy jak ma wyglądać, a później spędzamy długi listopadowy wieczór na wspólnym wycinaniu, klejeniu i przystrajaniu. I nie ważne, że nasz kalendarz nie wygląda jak ze zdjęć z pinteresta, że tasiemki na każdej z torebeczek nie są równo przyklejone, że gdzieś odstaje kawałek nie do końca przyklejonego tła a na torebeczkach widoczne są zagniecenia od małych paluszków. Ważny jest ten czas spędzany razem. Razem się bawimy, śmiejemy i denerwujemy na te fruwające w powietrzu wstążki. Rozmawiamy o świętach, o wspólnych planach na grudzień i zastanawiamy się co w tym roku pojawi się w każdej z torebeczek, żeby umilić nam wszystkie grudniowe poranki. Tego dnia dzieciaki zaczynają ścigać się, które było grzeczniejsze i dostanie więcej prezentów od Mikołaja, a ja ... ja staram się doceniać każdą minutę tego wspólnego wieczoru, Podziwiam każdą krzywo przyklejoną torebeczkę, bo przecież te za rok, będą już dużo ładniejsze, zrobione przez bardziej wprawne i większe rączki. Staram się zapamiętać każdy ich uśmiech i każdą zjedzona mandarynkę. To taki wyjątkowy wieczór, kiedy jeszcze przed tą świąteczną gonitwą mamy kilka godzin tylko dla siebie. Wierzę, że kiedy moje dzieci będą już dorosłe to w ich wspomnieniach zostaną te wszystkie wspólne wieczory listopadowe i te wszystkie kalendarze z roku na rok coraz ładniejsze. 





Do zrobienia naszego kalendarza wykorzystaliśmy:
stary obraz
4 kartki czarne z bloku technicznego w formacie A3
torebki śniadaniowe
naklejki z cyferkami
różne wstążki znalezione w domu z poprzednich lat
sztuczny śnieg i srebrny brokat
nożyczki i taśma dwustronna





A tutaj link do naszego wcześniejszego kalendarza.